Cukier krzepi zwłaszcza ducha walki- fragment książki: Zjednoczeni w marzeniach. 14 historii na medal

Materiał informacyjny POLSKIEGO KOMITETU OLIMPIJSKIEGO
Bartek Zborowski_2012/PKOl
Bartek Zborowski_2012/PKOl
Z Michałem Jelińskim rozmawiał Michał Bronikowski

Jaki wpływ na pana życie i karierę mieli nauczyciele i trenerzy?

Pierwszy nauczyciel wychowania fizycznego, Marek Kowalski, okazał się zarazem jedynym moim trenerem klubowym. Akurat w tym czasie, kiedy ja zacząłem naukę w szkole podstawowej, on zaczynał pracę trenera. W szkole utworzono klasę sportową. Na początku miała ona charakter ogólnosportowy, ćwiczyliśmy różne dyscypliny, chociaż trener już miał plan, by przygotowywać nas do wioślarstwa. Do łodzi wsiedliśmy dopiero w ósmej klasie, treningi stricte wioślarskie podjęły trzy, cztery osoby, reszta się wykruszyła. Sam też byłem trochę zniecierpliwiony czekaniem na prawdziwy trening wioślarski. Od początku byłem typem zawodnika, który lubi trenować, a nie kimś, kto chce rywalizacji o laury mistrzowskie.

A jakim typem był pan w szkole?

Byłem dobrym uczniem, a w niektórych przedmiotach, tych które sprawiały mi dużą radość, jak matematyka czy geografia, nawet bardzo dobrym. Kiedy kończyłem szkołę podstawową, musiałem podjąć decyzję co dalej i z drżącym sercem podsunąłem mamie do podpisu zgodę na treningi na wodzie. Wiedziałem, że obawia się, iż nie dam rady pogodzić sportu z nauką oraz tego, że trening na wodzie jest niebezpieczny. A jeśli chodzi o szkołę i naukę, to śmieję się, że byłem olimpijczykiem czterokrotnie: trzy razy na IO, a raz biorąc udział w olimpiadzie z wiedzy geograficznej. Po pisemnym teście na etapie wojewódzkim nawet byłem pierwszy. Obciążenia treningowe nie wpływały na moje wyniki w szkole. Musiałem tylko ustawić sobie priorytety, dobrze się zorganizować i odłożyć na bok takie sprawy jak szwendanie się po osiedlu z kolegami.

Co było w tym okresie ważniejsze – osiągnięcia sportowe czy konsekwencja w treningach?

Konsekwencja. Trening dla mnie to była świętość, nie wyobrażałem sobie, że mógłbym nie iść na zajęcia, no chyba, że byłbym poważnie chory. Zresztą, jeśli ktoś trenuje z pasją, to trening jest dla niego przyjemnością. A wyniki? W tamtym okresie ich jeszcze nie było, zdarzało się, że kończyłem regaty pod koniec stawki, ale czułem wsparcie ze strony trenera i kolegów klubowych. Zapewniali mnie: „słuchaj, młody, jeszcze dużo przed tobą, ale my cię tam widzimy, idziesz w dobrym kierunku”. Pamiętam pierwsze treningi na przystani – w starym, drewnianym, poniemieckim budynku, do którego dziś raczej już nikt nie zaprowadziłby swojego dziecka na trening. Atmosfera i klimat, jaki tworzyli starsi zawodnicy, sprawiały, że chciało się tam przychodzić. Kto hartował się w tamtych warunkach, kąpiąc się po zajęciach w zimnej wodzie pod prysznicem, nie zamieniłby się na dzisiejsze luksusy na siłowniach i kolejki do ruchomych bieżni.

Pan miał szczęście trenować w całkiem mocnej sekcji.

Co roku jakiś reprezentant mojego klubu, AZS AWF Gorzów Wlkp., jechał na mistrzostwa świata juniorów, miałem zatem w klubie bezpośrednie dobre przykłady starszych kolegów. Jak wspominałem, traktowali mnie poważnie, podobnie jak trener. W końcu nastał dzień, w którym i ja się zakwalifikowałem. Miałem wtedy 18 lat i na pierwszych swoich MŚ juniorów zobaczyłem, ile mi jeszcze brakuje do światowej czołówki, a miałem ambicje tę czołówkę gonić. Ta kwalifikacja utwierdziła mnie w przekonaniu, że koledzy słusznie coś we mnie widzieli.

Jak pan wyobrażał sobie drogę rozwoju pozasportowego?

Koledzy odradzali mi pójście na akademię wychowania fizycznego, twierdząc, że trudno połączyć profesjonalny trening na poziomie mistrzowskim ze studiowaniem. Po ukończeniu liceum ekonomicznego, poszedłem dalej w tym kierunku na studia. Wyjazd do Poznania z rodzinnego Gorzowa Wlkp. sprawił, że musiałem w wieku 19 lat się usamodzielnić i zacząłem moje dotychczasowe hobby, wioślarstwo, traktować poważniej. Okoliczności były sprzyjające: więcej klubów, większa konkurencja, kilku reprezentantów kraju, wreszcie wyjazdy na obozy czy regaty. Zostawałem w Poznaniu na weekendy, by mocniej trenować i gonić czołówkę.

A co na to rodzina?

Brat początkowo nie traktował mojej pasji poważnie. Mama raczej była zadowolona, że spędzam czas zdrowo i pożytecznie z dala od podwórkowych głupot. Jednak, dopiero gdy zacząłem wyjeżdżać na mistrzostwa świata czy igrzyska olimpijskie, to dostrzegłem podziw i uznanie w oczach najbliższych.

Będąc chłopcem kim chciał pan zostać w przyszłości?

Początkowo chciałem być piłkarzem. Popularność tej dyscypliny jest magnesem, który przyciąga tysiące młodych, a każdy z nich marzy, by zostać drugim Lewandowskim.

Czuł pan wsparcie?

Wydaje mi się, że niektórzy, szczególnie na wczesnym etapie mojej kariery nie do końca wierzyli w mój talent. Ale wspierali mnie na wyrost, na zasadzie: a może coś z niego wyrośnie.

Kiedy pojawiło się marzenie, by zostać mistrzem olimpijskim?

Rozpoczynałem akurat studia, w tym okresie w moim życiu zaszło równolegle wiele zmian: przenosiny do Poznania, nowe wyzwania sportowe. To było rok przed igrzyskami w Sydney. Pamiętam, że miałem wtedy jeden z moich pierwszych telefonów komórkowych i ustawiłem sobie powitalny napis „Ateny 2004”. Pomyślałem jednak, że to może być zbyt mało czasu na odniesienie sukcesu, więc zmieniłem na „Pekin 2008”. Zapamiętał to mój brat i przypomniał o tym, gdy odbierał mnie z lotniska po moim powrocie z Pekinu. Bardzo mnie to ucieszyło.

A kiedy poczuł pan, że mistrzostwo olimpijskie jest w pańskim zasięgu?

Oczywiście jeszcze nie wtedy, gdy ustawiłem sobie powitanie ”Ateny 2004”. Myślałem: Igrzyska już za cztery lata, a tu jeszcze 20 zawodników w Polsce lepszych ode mnie. Do Aten pojechałem po naukę i doświadczenie. Samo zakwalifikowanie się na igrzyska rok po zdiagnozowaniu u mnie cukrzycy typu 1 było dużym sukcesem. Po igrzyskach okazało się, że z czwórki podwójnej, k

Materiał oryginalny: Cukier krzepi zwłaszcza ducha walki- fragment książki: Zjednoczeni w marzeniach. 14 historii na medal - Sportowy24

Dodaj ogłoszenie